Pierwszą noc w Bangkoku spędziłyśmy na obrzeżach, niedaleko lotniska. Po śniadaniu (mało azjatyckim, bo hotelowym) poszłyśmy łapać taxi, nie mając pojęcia w jaki inny sposób można dostać się do centrum. Pierwszych dwóch taksówkarzy odmówiło, twierdząc, że korki i że się nie opłaca jechać tak daleko. Nieco zrezygnowane podchodzimy do trzeciego mężczyzny, który niezbyt chętnie, ale zgadza się na jazdę z taksometrem aż na Khao San Road.

O ulicy Khao San Road słyszałam i czytałam naprawdę wiele. W licznych tekstach przywoływano określenie “ulica niekończącej się imprezy” albo “mekka backpackerów”. Większość zdjęć przedstawiała albo ludzi pijących, albo już pijanych, w filmikach górowały hałas, zgiełk i ogólne zamieszanie. Trochę zaintrygowane, trochę nie mając pomysłu na inną lokalizację w centrum, obrałyśmy Khao San Road za kolejny cel naszej podróży.

Po ponad godzinie jazdy, za która przyszło nam zapłacić około 40 zł, docieramy na miejsce, nie mogąc uwierzyć, że to już. Nastawione na niemałe zamieszanie, tłum ludzi i wszelako pojętą niezwykłość, po wyjściu z taksówki na moment zatrzymujemy się, nie mogąc zrozumieć co poszło nie tak.

Bo gdzie podział się hałas? Gdzie rozpierzchli się ludzie z wszystkich możliwych krajów świata? Co z muzyką, blokującymi przejście straganami i mały wózeczkami z lokalnym jedzeniem?

Godzina 9 rano. Ulica jest prawie pusta, tylko gdzieniegdzie przechadzają się naganiacze, zachęcający do skorzystania z ich oferty. Gdzieś na samym końcu zauważamy mały wózek ze świeżymi owocami, nieopodal ktoś sprzedaje legendarne spodnie w słonie. I nic więcej. Zero tłumów, brak muzyki, imprezy także nie uświadczysz. Przez krótką chwilę myślę, że taksówkarz wysadził nas w złym miejscu i dopiero użycie Google Maps rozwiewa nasze wątpliwości.

Skręcamy w boczną uliczkę i rozpoczynamy poszukiwania przyzwoitego miejsca do spania. Pierwsze jest stosunkowo tanie, ale wygląda jak ruina. Naprawdę, tak obskurnego hotelu, zbudowanego na drewnianym wzniesieniu jeszcze w życiu nie widziałam. Przez moją głowę biegną myśli o tym, czy za rozsądną cenę przyjdzie nam spać w drewnianym schowku z materacem na podłodze i prysznicem za jedyne 5 zł. Wychodzimy z “hotelu”, a w nas mieszają się uczucia zaskoczenia, czy wręcz zszokowania i lekkiej obawy. Kolejny jest lepszy, murowany, nie śmierdzi, z prysznicem w cenie, ale jakiej cenie. Niestety ponad nasz dzienny budżet noclegowy.

Lekko zrezygnowane wychodzimy z wąskiej uliczki i skręcamy w lewo, na nieduży dziedziniec, będący nie tylko zapleczem okolicznego baru, ale także miejscem wejścia do kolejnego hotelu. Jesteśmy nieco zdziwione słysząc, że za 18 zł od osoby dostaniemy przyzwoity i czysty pokój z wiatrakiem, dostęp do wspólnej łazienki z nielimitowanym prysznicem, ręczniki i nawet papier toaletowy. Po prostu żyć nie umierać. Po zobaczeniu pokoju, zostawiamy w nim bagaże i idziemy do recepcji załatwić formalności, a od słynnej Khao San Road nadal nie dochodzi zbyt wiele dźwięków.

Po szybkim prysznicu i spakowaniu małych plecaków, wychodzimy na spotkanie z moimi znajomymi w nowoczesnej dzielnicy zwanej Siam. Khao San Road nie zmieniła się zbytnio od godziny naszego przyjazdu. Ludzie nadal poruszają się leniwie, szukając schronienia przed doskwierającym coraz bardziej słońcem. Rozłożono tylko jedno więcej stoisko ze spodniami w słonie, a po prawej pojawił się wózek z pad thai.

Kolejne godziny spędzamy na błądzeniu uliczkami zakupowej części Bangkoku i słuchaniu o życiu w Tajlandii z perspektywy jej obywateli. Około 17 słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, a my, pożegnawszy się, Łapiemy taxi do miejsca naszego tymczasowego zamieszkania.

Po pół godziny jazdy kierowca zatrzymuje auto i oznajmia, że to już. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem, płacimy i opuszczamy samochód, by dać się pochłonąć temu, na co byłyśmy przygotowane już rano.



Booking.com

Hałas było słychać jeszcze przed otwarciem drzwi. Głośna muzyka, krzyki, nawoływania. Przez pewien moment zastanawiamy się, na którym końcu ulicy zostałyśmy wysadzone i dochodzimy do wniosku, że to nie może być znane nam skrzyżowanie. Bo jakim cudem miałoby zmienić się aż tak bardzo przez zaledwie kilka godzin? Włączamy Google maps i rzeczywiście, znajdujemy się po przeciwnej stronie Khao San Road. Rezygnujemy z nawigacji i podążamy za tłumem, który próbuje przecisnąć się między rozstawionymi stoiskami. Płyniemy razem z nim pasmem o szerokości maksymalnie dwóch metrów, co chwilę zaczepiane przez jednego czy drugiego sprzedawcę. Z głowy już dawno wyleciał nam plan udania się do hotelu. Idziemy przed siebie, obserwując ludzi tańczących w barach do popularnych kawałków muzyki pop. Przestrzeń, która jeszcze kilka godzin temu była nawierzchnią ulicy, zajmują teraz bary, okupowane głównie przez białych turystów. Wolne metry kwadratowe między kolejnymi lokalami przejęte zostały przez stragany z ulicznym jedzeniem czy mrożonymi szejkami.

Idziemy przed siebie i chłoniemy atmosferę miejsca, o którym tak wiele pisze się w sieci. Przyzwyczajamy się nawet do nienaturalnie głośnej muzyki, której w normalnych warunkach nie byłybyśmy w stanie nawet tolerować. Obserwujemy ludzi: część z nich już od dłuższego czasu raczy się najtańszymi trunkami w okolicy, inni buszują między straganami z jedzeniem w poszukiwaniu najsmaczniejszych naleśników z bananami i czekoladą. Kolejni przeciskają się przez tłum z telefonem na selfie sticku próbując uchwycić najbardziej atrakcyjne ujęcie. Hałas. Zamieszanie. Pewna doza dzikości. Tak, opisy z internetu miały w sobie dużo prawdy.

khao san road wieczorem

Zmęczone całym dniem atrakcji próbujemy uciec do hotelu, naiwnie wierząc w szansę na spokojną noc. Wchodzimy do pokoju, zamykamy drzwi. A muzyka nie cichnie. Solidne basy wprawiają w drgania cały budynek. Próbujemy spać, ale od początku wiemy, że jesteśmy skazane na porażkę. Wyjmuję z plecaka zatyczki do uszu, głowę owijam ręcznikiem, zaczynam liczyć owce, ale sen nie przychodzi. Bo to tak samo jakby próbować zasnąć przed sceną na koncercie rockowym.

Około 3 nad ranem muzyka cichnie, aż w końcu zapada błoga cisza. Cisza, która tak bardzo dziwiła mnie o poranku, podczas pierwszego zetknięcia ze sławną Khao San Road. Wraz z ciszą przychodzi też sen, tak wyczekiwany po długich godzinach techno, popu i rocka.

Tak, Khao San Road to zdecydowanie najbardziej imprezowa ulica w Bangkoku, która swe prawdziwe oblicze, niczym księżniczka Fiona, objawia dopiero po zmroku.

Khao San Road