Jeszcze 2 miesiące temu nie miałam pojęcia, że to miasto w ogóle istnieje. W zasadzie aż do momentu zajęcia miejsca w rządowym autobusie, miałam spore wątpliwości co do jego nazwy, nie mówiąc już o dokładnym położeniu. Dreszczyku emocji dodawały też komentarze ze strony nielicznych osób, które miały okazję miasto odwiedzić i stwierdzały właściwie jednogłośnie: “Nakhon Si Thammarat to miasto widmo”. Czy aby na pewno?

Nakhon Si Thammarat- skąd pomysł?

W jaki w ogóle sposób dowiedziałam się o istnieniu Nakhon Si Thammarat i czemu mnie poniosło właśnie w tamte okolice? Otóż jak niektórzy wiedzą, jakieś 2 lata temu miałam możliwość uczestniczyć w Toshiba Youth Conferece 2013 w Japonii. Była to międzynarodowa konferencja, której uczestnicy pochodzili z Japonii, USA, Polski i właśnie Tajlandii. Jak się potem okazało, dwie moje tajskie koleżanki mieszkały właśnie w Nakhon Si Thammarat, a jak już byłam w Tajlandii, to postanowiłam wykorzystać okazję do wspólnego spotkania. Tym sposobem, po około 12 h jazdy rządowym busem i licznych przystankach na jedzenie dla kierowcy, wczesnym rankiem dotarłyśmy do widmowego Nakhon Si Thammarat.

Nakhon Si Thammarat Tajskie rządowe busy i dżungla :)
Tajskie rządowe busy i dżungla :)

Zaraz zaraz, nie ma tak łatwo, wcześniej czekało na nas jeszcze troszkę stresu spowodowanego faktem, że przez pierwsze 15 minut w autobusie byłyśmy zupełnie same, mając na biletach numery miejsc 1 i 2.  Na szczęście po 15 min okazało się, że nikt nie ma zamiaru nas uprowadzić, a w Tajlandii po prostu nie ma zwyczaju kupowania biletów przez internet, więc pozostali pasażerowie pojawiali się niedługo przed odjazdem autobusu. Tym sposobem byłyśmy jedynymi nie-azjatkami w autobusie jadącym z Bangkoku do Nakhon Si Thammarat. Po 12 h jazdy dotarłyśmy na miejsce, gdzie przywitały nas zszokowane spojrzenia mieszkańców.

Pierwsze wrażenie

Przez pierwsze 15 min czułyśmy się naprawdę dziwnie. Przywitały nas stary, obdrapany dworzec autobusowy, łazienka jak z najgorszych koszmarów i głucha cisza dookoła, potęgowana natrętnymi spojrzeniami. Po paru minutach jeden z panów, bardzo łamanym angielskim zapytał, czy jesteśmy nowymi nauczycielkami angielskiego i do dzisiaj pamiętam zdziwienie na jego twarzy, kiedy dowiedział się, że jesteśmy tylko turystkami. Nakhon Si Thammarat to po prostu turystyczne miasto widmo, które żyje własnym życiem i nie przyciąga zbyt wielu miłośników zwiedzania.

Dworzec w Nakhon Si Thammarat
Dworzec w Nakhon Si Thammarat

Po kilku koślawych angielskich zdaniach, udało nam się dowiedzieć od Taja, że wraz z kolegami może nas zawieść do szukanego Thai Hotelu. Przez chwile się wahałyśmy no bo jak to tak, obcy faceci poznani na dworcu oferują nam podwózkę. Nie miałyśmy jednak zbyt dużego wyboru, bo a) koleżanka kazała nam skorzystać z moto taxi (jak mniemam chodziło o to, bo zwykłych taxi jest na ulicach niewiele) b) pojawiła się wreszcie okazja przeżycia ciekawej przygody. Tak więc z całymi 40 l dobytku wsiadłyśmy jako pasażerki na skutery i wraz z naszymi kierowcami, mknęłyśmy przez miasto odprowadzane ciekawskim wzrokiem mieszkańców.

Nakoh Si Thammarat od początku wydawało się być nieco dziwne. Ponurą nieco atmosferę potęgowało zniszczone otoczenie, a część ulic świeciła pustkami. Na szczęście od samego rana zostałyśmy wzięte pod skrzydła moich dwóch koleżanek, Stop i Aum, które pokazywały nam najciekawsze zakątki i zabierały w ulubione miejsca.

Nakhon Si Thammarat Tak, Tajowie tną makaron nożyczkami ;)
Tak, Tajowie tną makaron nożyczkami ;)

Prawdziwą tajemniczość miasta czuło się jednak dopiero po zachodzie słońca, kiedy w przeciwieństwie do głośnego przez całą dobę Bangkoku, miasto cichło. Wąskie uliczki wyludniały się, a na jednej z główniejszych, pojawiało się małe targowisko z najlepszymi na świecie naleśnikami Rotti :)

Nakhon Si Thammarat to miasto, które żyje własnym życiem. Jest jak osobny organizm, który jest w stanie funkcjonować bez żadnej pomocy. Obcy obserwowani się z ciekawością, ale też spora dozą niepewności. Dowodem na to mogły być chociażby dziwne spojrzenia na nas w hotelu, czy zszokowane wręcz miny sprzedawców przy straganach.

Zwiedzanie?

Czy jest tam co zwiedzać? Nieszczególnie. Nakhon Si Thammarat nie jest ani wybitnie duże, ani też nie obfituje w zabytki. Centralnym punktem jest jeden z Watów, których choć dobrze zachowany i niezwykle spokojny, nie może równać się z tymi z Bangkoku. Można też odwiedzić jeden z parków i karmić sporej wielkości ryby, albo wybrać się do pobliskiej wioski rybackiej. Co więc przyciąga ludzi takich jak ja do Nakhon Si Thammarat?

Wioska rybacka koło Nakhon Si Thammarat
Wioska rybacka koło Nakhon Si Thammarat
Chińska świątynia w Nakhon Si Thammarat
Chińska świątynia w Nakhon Si Thammarat

Z pewnością spokój, spokój który momentami wręcz irytuje. My, pędzący, poszukujący i pracujący, ludzie z zupełnie innego świata możemy mieć spory problem z odnalezieniem się w nowych okolicznościach. Mieszkańcy Nakhon Si Thammarat nie spieszą się, każdą czynność wykonują wręcz z namaszczeniem, a jedząc w knajpkach, nikt nie spieszy się na kolejny autobus czy do pracy. Mam wrażenie, że lokalni wypracowali sobie własny system życia, system, w którym wszystkie potrzeby można zaspokajać spokojniej niż w wielkich metropoliach.

Czy więc Nahon Si Thammarat to rzeczywiście miasto widmo? I tak i nie. Wszystko zależy od tego, czy będziesz umiał dostosować się do rytmu życia mieszkańców, zwolnić i zacząć obserwować świat dookoła. Jeśli jesteś pewien, że to nie Twoja bajka, wybierz Bangkok, a Nakhon Si Thammarat zostaw prawdziwym koneserom zwiedzania ;)

222