Czasami trzeba się poddać chwili. Zaufać otaczającym nas ludziom i dać się ponieść przygodzie. Jak mawiał Macel Proust, “Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu”. Jak to było w przypadku miejsca zwanego Lan Saka, o którym nie ma żadnych konkretnych informacji w polskim internecie?

W zasadzie aż do przyjazdu do Nakhon Si Thammarat, nie miałam bladego pojęcia, że coś takiego jak Lan Saka w ogóle istnieje. Bo niby skąd miałam o tym wiedzieć? Polski internet albo milczy, albo został skutecznie stłamszony przez googla. Nie mniej jednak za namową tajskich znajomych i po obejrzeniu jakiegoś filmiku na YT stwierdziłam, że to może być miejsce, którego aktualnie mi potrzeba.

Mieliśmy wyjechać rano, co oczywiście przy tajskiej dokładności mierzenia czasu przeciągnęło się prawie do południa. Jeśli mam być szczera, to nie mam pojęcia ile km od Nakhon Si Thammarat leży Lan Saka. I to wszystko dlatego, że samochód prowadził kolega moich znajomych, który był tam dawno temu, przez co chyba z 5 razy musieliśmy zawracać. No cóż, takie uroki podróżowania po tych mniej odkrytych lądach ;) Na miejsce dotarliśmy po około godzinie jazdy i kilku tajskich przekleństwach, których na szczęście nie zrozumiałam.

Lan Saka Lody kokosowe z ryżem, po prostu mniam!
Lody kokosowe z ryżem, po prostu mniam!

Jak się okazało, Lan Saka to miejsce, w które przyjeżdża spora ilość tajskich nastolatków, chcących spędzić czas ze znajomymi. Na miejscu spotkaliśmy nawet kolegów naszego kierowcy :) Po zaparkowaniu auta gdzieś przy ścieżce otoczonej gęstym zielonym lasem, udaliśmy się nad rzekę, która była główną atrakcją tego miejsca. Lan Saka zauroczyła mnie zanim jeszcze wyszliśmy na dobre z samochodu. Delikatnie wyniosłe zielone wzgórza pokryte dżunglą, leniwie płynąca rzeka i krowy pasące się na brzegu… obrazki jak z innego świata.

Lan Saka No i jak tu się nie czuć blisko natury??
No i jak tu się nie czuć blisko natury??

Pierwszą atrakcją, jaką przewidzieli moi znajomi, było kąpanie się w rzece. Możecie pomyśleć, że to przecież nudy i po co jechałam do Tajlandii jak 5 km od domu mam Widawę. Ja bym tej rwącej rzeki otoczonej przez dżunglę nudą nie nazwała, szczególnie kiedy trzeba było umiejętnie lawirować między kolejnymi kamieniami ;)

Lan Saka Takie tam w wodzie ;)
Takie tam w wodzie ;)

Co ciekawe, lokalnym mieszkańcom rzeka służy chyba za formę prysznica, bo w pewnym momencie zauważyłam kobietę, która niczym nie przejęta, nakładała sobie szampon na głowę ;)

Lan Saka No i co z tego, że rzeka publiczna?
No i co z tego, że rzeka publiczna?

Po pluskaniu się w wodzie przyszedł czas na coś do jedzenie. Moi znajomi zamówili nam jakiś tradycyjny zestaw z potrawami, których nazw nawet nie jestem w stanie wymówić ;) Nie jestem pewna, ale chyba zostałam nawet uraczona zupą Tom Kha Talaj, która była tak ostra, że do zagryzienia tylko jednej łyżki potrzebowałam połowy porcji ryżu..a to podobno nie był najostrzejsza zamówiona potrawa!

Lan Saka Obiad oczywiście też zaraz przy rzece ;)
Obiad oczywiście też zaraz przy rzece ;)
Lan Saka Najostrzejsza zupa mojego świata
Najostrzejsza zupa mojego świata

Pomiędzy jednym a drugim kawałkiem smażonego mięsa, złapała nas spora ulewa i trzeba było się szybko ewakuować pod jakiś daszek. Na szczęście część restauracji miała zadaszenie, a my na poprawę humoru (który wcale nie był zły!) zostaliśmy uraczeni bananową przekąską zawiniętą w zielony liść :) Tym sposobem spędziliśmy kolejną godzinę na wsłuchiwaniu się w dudnienie kropli deszczu, rozmowy o niczym i zabijaniu mrówek, które próbowały nam wejść do spodenek ;)

Lan Saka Omnomnomnomnom!
Omnomnomnomnom!

Kiedy trochę przestało padać, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną (wiecie, że Tajowie nie mają problemu z jazdą samochodem nawet jak są cali mokrzy?!). W międzyczasie zatrzymaliśmy się jeszcze w kolejnym znanym miejscu, gdzie podobno jest najgrubsza warstwa ozonowa w całej Tajlandii (swoją droga ciekawe rankingi ;)).

Lan Saka To gdzieś tu, nad dżunglą!
To gdzieś tu, nad dżunglą!

Na koniec, trochę już zmęczeni, zostaliśmy zabrani na komisariat policji. Nie, nie zamknęli nas ;) Po prostu kolega kierowca ma mamę, która tam pracuję i która koniecznie chciała zobaczyć przybyszów z Europy ;)

Czasami dobrze jest zaryzykować i wybrać się w miejsce, o którym polski internet nie ma jeszcze pojęcia :)

222